myslinadnieszuflady blog

    Twój nowy blog

    Dawno tu nie pisałam. Może to i
    lepiej. Oszczędziłam wspomnień dni bez wyrazu, depresyjnych uniesień i
    samobójczych zapędów.

    Ulgę i chwile radości i
    wytchnienia przyniósł mi wyjazd do Warszawy. Tego oczekiwałam i tak się stało. Z
    nową energią, pozytywnymi myślami wróciłam do szarej rzeczywistości.

    Warszawa… piękne miasto, pomimo
    duchoty i upałów. Ludzie, którzy są tacy jak ja. Miłe wypady na miasto.
    Najlepsza pani fotograf jaką mogłam sobie wymarzyć i najlepsza pani przewodnik
    po starym mieście i ZOO. Łazienki i spacery po parku. Sikorka, która chodziła
    nam po kolanach, paw na drzewie, wiewiór, który pozował do zdjęć i filmików. Kilka
    dni wspaniałych przeżyć i doznań i wieczory przepełnione śmiechem i nadzwyczaj
    dobrym humorem. Skutek przegrzania słonecznego. Buszowanie po księgarniach,
    które zaowocowało kupnem książek, za co de facto dostałam burę w domu. Wspomnienia
    na lata o: słoniu od tylu, dupie pawiana, zakochaniu K. w gorylu o mądrym
    spojrzeniu, pawiu, który lata i innych zabawnych sytuacjach.

    Dziś uśmiecham się na każde takie
    wspomnienie. Przypominam sobie moje wyobrażenia, które okazały się być mylnymi
    i w oczach pojawia się błysk nadziei. Nadziei, że kiedyś będziemy wspominać te
    chwile razem, że zobaczymy się wkrótce.

     

    Nie piszę. Bo
    tak naprawdę nie ma czym się chwalić. Przecież nie będę się chwalić swoimi
    ostatnimi wyczynami, kiedy już niemal żegnałam się ze światem i chciałam umierać. Powrotem stanów
    lękowych tez nie ma się co chwalić.

    Tym, że jedynie
    na uczelni coś ma dla mnie sens, poza nią wcale.

    Tym, że zdaję
    kolejne egzaminy i przynoszę kolejne składowe do miejmy nadzieję stypendium
    naukowego. I zakładam czarny scenariusz przed wynikami ostatniego egzaminu.

    Tym,
    że ciągle ktoś niszczy rodzące się w mojej głowie plany miłego spędzenia dni.

    Tym, że ostatnio
    przeholowałam nieco, wracając na rauszu do domu nie swego, ze śmiechem, niemal
    śpiewając.

    Tym, że stawiam pasjanse pod tytułem „czy jestem jeszcze komuś potrzebna?”, a potem płaczę.

    Tym, że jestem
    wredna, arogancka, aspołeczna i wk*a mnie rzeczywistość.

    Tym, że
    zapominam o sobie. Nie zwracam na siebie uwagi, omijam siebie szerokim łukiem.

    Tym, że czuję
    zbyt wiele, zwłaszcza wieczorami.

    Tym, że nie
    chce mi się tu pisać i zwracać na siebie uwagi.

    Tym, że…

    A
    teraz uśmiechnij się, pokaż innym, że wszystko jest w porządku, że
    czujesz się wspaniale. Pokaż jaką jesteś świetną pocieszycielką
    strapionych. I zapomnij o sobie. Gdy już wszyscy pójdą spać, płacz.
    Wylewaj swój smutek do poduszki. Tylko ona jest godna Twoich słonych
    łez.


    Zapieprz.

    1 komentarz

    Zapieprz na uczelni. Zdrowy zapieprz.
    Przynajmniej człowiek nie ma czasu na jakieś głupie myślenie. Projekt fotograficzny
    wrze pełną parą. Chodzenie po urzędach z Ł. I M. z teczką i krzesłem zaliczone.
    Fotografie z zewnątrz i wewnątrz urzędu marszałkowskiego, starostwa
    powiatowego, urzędu miasta i urzędu skarbowego. Zaskoczone miny urzędników i przechodniów.
    Kilka godzin chodzenia. Zajęcia z fotografii. Sama wywołałam negatyw. Z przerażeniem
    w oczach w całkowitej ciemności wyciągnęłam film z kasety i nawinęłam na rolkę,
    wsadziłam do koreksu. Złożyłam przy tym krwawą ofiarę rozcinając sobie palce
    kliszą. Potem już przy świetle rozrobiłam chemię i utrwalacz i bawiłam się w
    wywoływanie. Pełna satysfakcja spotkała mnie wtedy, kiedy wyciągnęłam już film
    z koreksu i nie zobaczyłam rolki pod filmem. Udało się. Wieczorem odnotowałam
    takie zmęczenie, że nie wiedziałam jak się nazywam. Już podczas wywoływania
    kliszy rozlewałam wokół siebie wszystko, wylewałam z butelek płyny, trzymając
    je bezładnie w rękach. To był szczyt wszystkiego. Niemal zasnęłam w autobusie. Mój
    organizm domagał się snu jak kania dżdżu.

    Sporo pracy przede mną. Najgorszy
    tydzień z życia studenta przede mną. Dwa egzaminy pisemne: psychologia
    twórczości i niemiecki, jeden ustny z dydaktyki. Masa zaliczeń. Do tego kurs na
    wychowawcę w przyszły weekend i Festiwal Nauki na UZ, podczas którego będziemy
    prezentować nasze projekty fotograficzne na wernisażu. Do tego przygotować tę
    wystawę, wywołać te zdjęcia, zaaranżować dekorację, ustawienie i jeszcze
    podczas samego festiwalu mamy prowadzić zajęcia i zabawy z dziećmi. Pełen
    kompleks. Się dzieje się.

    Nie mam ochoty na nic. Pogoda nie
    zachęca do żadnej aktywności. Dukaj leży i czeka na dobry czas. Notatki na
    egzamin tez czekają na ten czas tuż przed egzaminem. Gitara nie czeka. Leży pod
    ręką, bym mogła w dowolnej chwili ją chwycić. W słuchawkach i głośnikach Muse
    na napady agresji, The Swell Season i Bon Iver na zasmutkowanie. I jestem taka
    jakaś nijaka. Nieobecna. Zawieszam się częściej niż zwykle, przysypiam w każdej
    wolnej chwili. Oczy mi się same zamykają. W napadach agresji czuję jak mięśnie
    mi się napinają, w środku coś mnie ugniata i ciężko mi się oddycha. Wtedy sięgam
    po inhalator. Podczas smutku wyłączam się zupełnie. Zapadam pod ziemię.

    Plan.

    1 komentarz

    Czy to już ten
    moment, w którym powinnam pozbierać wszystkie kawałki mnie i spróbować złożyć z
    tego jedną całość?

    Ciągle powtarzam
    sobie, że to minie. Zamykam się przed światem. Nie chcę widywać ludzi. Denerwują
    mnie każdym swoim zachowaniem, gestem. Zamykam się razem ze swoim egoizmem. Chcę
    czuć się potrzebna, akceptowana, doceniana. Chcę, aby ktoś za mną zatęsknił,
    aby się zmartwił, zauważył mój brak. A kiedy ktoś to robi, ja odsuwam się jeszcze
    dalej. Uciekam. Przed ludźmi, przed sobą. Wizyta u psychologa 30 lipca, a ja już
    teraz wiem, że to będzie najgorszy czas w moim życiu. Tak sobie założyłam i
    powoli realizuję ten plan. Bardziej lub mniej świadomie. I albo chodzę
    wkurzona, albo płaczę całymi wieczorami w samotności. Nie  chodzę nigdzie prócz uczelni. Nie chodzę na spotkania.
    Na próby też nie chodzę. Siadam i mam wrażenie, że tylko jakieś ogłupiające gry
    mnie rozumieją lub stawiam pasjansa. I nic mi się nie chce. Nawet jeść przestałam
    na jakiś czas. Chcę zniknąć.

    Czwartkowe popołudnie. W planie
    na wieczór adoracja NS prowadzona przez nas. Szykuję pieśni, aby znów zagrać,
    zaśpiewać, zarecytować i co tam jeszcze. Wibracje telefonu i już siedzę
    uśmiechnięta. Zaproszenie na wino od A. na wieczór z propozycją noclegu, abym
    nie musiała sama po nocy wracać do domu. Rozważam wszelkie za i przeciw, a że
    mam do niego słabość to przystaję na propozycję. Wracam z adoracji, szybko się
    pakuję, szykuję i wychodzę z domu z nadzieją miłego spędzenia wieczoru, pewnie
    też nocy, bez podtekstów. Czeka na mnie na dworcu pół godziny, aby mnie
    odebrać. Zupełnie jakby nie mógł się doczekać. Jedziemy do niego na stancję. Uprzedzał,
    że nie ma jego współlokatorów i że boi się trochę mnie zapraszać. Przyjęłam to
    do wiadomości, bo wiedziałam, że panuję nad sytuacją. Poza tym chciałam tylko
    miło spędzić czas. Otworzyliśmy wino. Dobrze nam się gadało. Planowaliśmy obejrzeć
    jakiś film. Były ciastka, później pizza z Biedronki. W pewnym momencie poczułam
    jego dotyk na swoich plecach. Zaczął mnie przytulać. Szczerze mówiąc, tego się
    trochę spodziewałam. Wiedziałam, jak na niego działam. Zaczęliśmy grać w
    Scrabble. Dobrze mi szło. Prowadziłam. Jednak w końcu mnie dogonił i wygrał z
    przewagą kilku punktów. Jedno przytulenie, kolejne… Dziwne uczucie, pragnienie
    bliskości kogoś, kto jest dla mnie wszystkim, jednak świadomość, że on ma do
    mnie słabość tylko i wyłącznie fizyczną powoduje, że go odpycham… Aż wreszcie
    nie wytrzymałam i powiedziałam mu od serca, co o tym myślę. Reakcja i mina-
    bezcenne. Usiadł na brzegu łóżka i wreszcie chyba do niego dotarło. Zdemotywował
    się. Umyłam się i poszłam spać. Rano mnie przytulił i przeprosił. – Ja zawsze wiedziałam, że masz do mnie
    słabość. Szkoda, że tylko fizyczną… – Nie tylko fizyczną, ale ta przeważa.

    Mimo wszystko było miło. Potrzebowałam
    tego, aby ktoś mnie przytulił. I aby nie było to wymuszone. Poczułam się
    bezpiecznie.

    Jednak dochodzę do wniosku, że moja
    naiwność nie zna granic. Lubię sobie dokopywać. Dawać sobie nadzieję, a potem
    brutalnie ją odbierać. Przecież nie musiałam się zgadzać na to wszystko. Jednak
    chciałam.

    Obudziłam się rano i próbowałam
    sobie przypomnieć, co piłam poprzedniego wieczoru. Głowa miała ochotę
    powiedzieć mi żegnaj, a reszta ciała odmawiała odpowiedzi na wszelkie pytania. Są takie dni, które kobieta powinna spędzić
    na intensywnej terapii podłączona do kroplówki, a nie narażać się od rana na
    wstrząsy psychiczne i wysiłek fizyczny.
    I dziś właśnie był taki dzień. Jeden
    z tych, które należałoby wyjąć człowiekowi z życiorysu. Kiedy człowiek ma
    ochotę wyjść z siebie, stanąć obok i już nie wracać. Wstałam więc, ogarnęłam się
    z trudem. Zjadłam coś, aby nie paść w kościele i wyszłam maszerując z gitarą. Ostatnio
    tylko z tego względu jem. Trochę pobrzdąkałam na mszy. Bez specjalnego zaangażowania.
    Grałam z ręki. Nie ogarniałam chwytów i ciągle się myliłam. Potem K. wprosiła
    się na ploty. Choć nie miałam ochoty z nią siedzieć, dwie godziny minęły bardzo
    szybko. Nawet zjadłam dwudaniowy obiad, co było ogromnym sukcesem po dniach,
    kiedy nic nie przechodziło mi przez przełyk. Czasami mam ochotę zakupić sobie
    zestaw kroplówek odżywiających i mieć je stale pod ręką. Boję się nawet
    wchodzić na wagę.

    Zastanawiam się, czy to jest już ten
    moment, kiedy powinnam pójść do jakiegoś specjalisty. Czy nasilające się myśli
    samobójcze z autoagresją przejawiającą się poprzez drapanie całego ciała
    prowadzącego do ran i psychiczne kaleczenie samej siebie to już ten moment? Czy
    może być gorzej? Czy to już? Czy to już?
    Czy to teraz? Czy w ten sposób? Czy w ten sposób się umiera?
    Czy to minie? Do
    tego objawy fizyczne, które utrudniają życie. Chroniczny kaszel. Jednym razem
    suchy i duszący, że nie mogę złapać oddechu, drugim mokry do tego stopnia, że
    pluję sobą dookoła. Ból żył. O ile można coś takiego zdiagnozować. Dziwne uczucie
    rozrywania żył w okolicach nadgarstków pojawiający się w momentach smutku i
    kryzysach. Ból żołądka skądinąd spowodowany pewnie w dużej mierze brakiem
    dostarczanego pokarmu, ale też niekoniecznie spowodowany jego brakiem. I sporo
    innych objawów, które jakby się uprzeć świadczą jedynie na moją niekorzyść. Setka
    alergii na niewiadomoco. Alergia na życie, dokuczliwa niż dotychczas…

    Czuję się jak piąte koło u wozu…

    Brakuje energii do
    czegokolwiek. Nic nie
    cieszy. Chodzę obolała, ospała, nieogarnięta. Na fotografii pozuję do
    zdjęć, sama nie mam pomysłu na siebie. Wracają zachowania odbiegające od
    standardowo pojętej normy. Drapię się. Wszędzie. A jak tego nie robię to też się
    drapię. Psychicznie. Dokopuję sobie, biczuję w myślach, a czasem mam nawet
    ochotę poczuć ból. Gdyby krople łez mogły napisać książkę, miałabym ocean myśli
    spisanych na poduszce. Jednak one nie chcą pisać i ja też nie mam  natchnienia, aby się uzewnętrzniać. Motywacja
    utknęła na poziomie punktu zero. Planuję, lecz w ostatniej chwili zmieniam
    plany, albo siedzę i zamiast zrobić coś konkretnego, potrzebnego to się opier*am.
    Słucham Emilie Autumn. Zakochuję się w niej. I kontempluję własny psychiczny
    dół, fizyczną niemoc i intelektualną dolinę. W przypływach emocji kłócę się z
    A., a potem śnię o nim po nocy, w sposób bezpośredni albo i nie. I śnię o tym,
    że nieznany autobus wywozi mnie nie tam gdzie chcę, że uciekam, wysiadam w
    szczerym polu. Motyw się powtarza co jakiś czas.

    Is that alright with
    you?

    Obchody naszego 5-, 11- lecia*
    minęły bardzo szybko. Przygotowań masa. Lekcje w szkole o Karolinie. Po 4
    godzinach straciłam głos. Zaznaczam, że nie musiałam ich uspokajać. W sobotę
    wybraliśmy się na rajd pieszy brzegami Brzeźniczanki. Teoretycznie był brzegami.
    Gdy doszliśmy już do wodospadu trzeba było przejść po zwalonym drzewie na drugi
    jej brzeg. Tu się skończyło teoretycznie a zaczęło praktycznie. Lęk wysokości
    wziął górę, a ja z A.. wzięłyśmy buty w ręce, spodnie podwinęłyśmy za kolana i
    ruszyłyśmy boso przez świat. trzeba przyznać, że w kwietniu woda w rzece bardzo
    rześka i pokrzepiająca.

    Wieczorem zaplanowaliśmy ognisko.
    Przyszło trochę młodzieży. Jedni zajęli się jakąś grą planszową, inni
    rozmawiali i śmiali się. Odwiedził nas też M., który tym razem nie miał
    mrożonej kiełbasy ze sobą. Skorzystał z naszej uprzejmości, gdyż częstowaliśmy
    wszystkich kiełbaskami. Później wpadał delegacja rady najstarszych, czyli
    proboszcz z wybitnie malkontentnym ks. Piotrem, który od czasu do czasu
    przyjeżdża do swojego przyjaciela. Pan profesor z UAMu nie zyskuje przy
    bliższym poznaniu. Jest straszliwym nudziarzem, o czym świadczy jego nudna i
    ospała barwa głosu, nie wspominając już o tym że mówi tak, jakby oprowadzał
    ślimaki po łące. Stara się dokładnie artykułować każde słowo, mówi tak wolno,
    że nim skończy zdanie wszyscy już śpią. O kazaniach już nie wspomnę. I te jego zaczepki
    intelektualne w stylu: powiedzcie mi coś
    co mnie podbuduje i umocni
    . A w grze w owocową sałatkę wziął sobie jeszcze
    „kalafiora”. Powalił wszystkich. Bawił się wyśmienicie, podobnie jak nasi
    księża. M. nie pamiętał jaki kto ma owoc i ciągle mówił: gruszka do… do.. ciebie!, a proboszcza to jeszcze nie widziałam aby
    tak szybko machał nogami biegając. Tak się zapalili tą grą.

    Zamiast grać na gitarze
    urządziłam sobie pogadankę z M. o gitarach, strunach itepe. Zbytnio się to nie
    podobało księżom, bo wg nich powinnam jako animator kultury ich rozruszać,
    pośpiewać, zagrać i pewnie jeszcze zatańczyć w płomieniach ogniska. Nie miałam
    na nic ochoty. Trochę podokazywałam z M. Pośmialiśmy się.

    - A co to ma być? Smok i dziewica, że ofiarę mam składać?

    - No ja nie wiem czy Ty się w ogóle nadajesz…

    - Na dziewicę?

    - Nie, na smoka.

    - Ale z ks. szowinistyczna świnia…

    Później coś zagrałam. Poszedł Wehikuł
    czasu, sporo religijnych piosenek i SDM. Zagasiliśmy ognisko i poszliśmy do
    domów. Ja zabrałam ze sobą A., która przyjechała na moje zaproszenie.

    Nawet nie miałyśmy siły gadać po
    nocach jak to zwykle czyniłyśmy. Byłyśmy tak padnięte, że każda umyła się i
    położyła spać.

    Następnego dnia poszłyśmy na mszę
    w intencji KSMu. Stresowałam się trochę, bo miałam grać, bałam się o stan
    modlitwy i komentarzy, które napisałam. W grze na mszy wspomógł mnie Ł., K.
    poradziła sobie z komentarzami, P. przeczytała modlitwę, a dary poszły
    przepisowo. Jeszcze tylko zostało spotkanie z generalnym asystentem. Ono też
    przebiegło sprawnie. Wróciłyśmy do domu. Zjadłyśmy obiad. A. spakowała manatki,
    zgrała mi zdjęcia i wyruszyłam ją odprowadzić na autobus. Miło spędziłam ten
    czas, choć w tendencji lekkiego offu.

     

    * 11-lecia powstania i 5-lecia
    reaktywacji oddziału, bo przez te 6 lat oddział najprawdopodobniej istniał
    tylko na papierze.


    • RSS